sobota, 19 lutego 2011

SpaceX, prywatne rakiety i 2001 Odyseja kosmiczna

"If you can get your ship into orbit, you're halfway to anywhere."

-Robert Heinlein

Wynoszenie sprzętu na orbitę jest najważniejszym etapem podróży kosmicznej. Zmniejszenie kosztów tego procesu jest ważnym krokiem na drodze otworzenia przed ludzkością podwoi układu słonecznego. Niektórzy twierdzą, że wysoki koszt osiągania niskiej orbity okołoziemskiej (LEO) jest jedyną przeszkodą na drodze kolonizacji kosmosu ale ja się z tym poglądem nie zgadzam.

SpaceX, prywatna firma zajmująca się lotami kosmicznymi, wystrzeliła swoją pierwszą rakietę Falcon 9 na niską orbitę okołoziemską w czerwcu 2010. Nie był to ich pierwszy sukces, wcześniej kilka razy z powodzeniem wystrzelili rakietę Falcon 1 (były też dwie porażki jeśli dobrze pamiętam). Elon Musk, prezes firmy, jej założyciel i główny udziałowiec wyznaje nadzieję, że uda mu się obciąć koszty umieszczania kilograma na orbicie 10-krotnie w porównaniu z obecnymi, które wynoszą z reguły $10 000-20 000. Chociaż wyjaśniając sposób w jaki zamierza to zrobić, podkreśla znaczenie wielokrotnego używania swoich rakiet oraz redukcję kosztów administracyjnych, ja sądzę że najbardziej do osiągnięcia tego celu może się przyczynić fakt, że czerpie garściami z następujących metod, które od dekad stosują rosjanie:

- używanie nafty zamiast kriogenów (z którymi trzeba się ostrożnie obchodzić, zwłaszcza z ciekłym wodorem) jako paliwa rakietowego (nie chodzi mi tu o koszt paliwa, który jest malutkim odsetkiem, zazwyczaj mniejszym niż 1%, całkowitych kosztów lotu)
- kładzenie nacisku na niezawodność i sprawdzone metody zamiast popychania naprzód granic technologicznych
- ogólna prostota konstrukcji, filozofia 'big dumb booster'

i które pozwoliły im osiągnąć zaskakująco dużo na ich żebraczym budżecie. Widać, że jak na razie SpaceX wzoruje się na amerykańskich Saturnach i rosyjskich Soyuzach, chociaż wyglądem Falcon 9 najbardziej przypomina Delta IV.


Z powyższego widać, że Falcon 9 - S9 ma osiągać koszt $3000/kg do LEO ale nie został jeszcze ani razu wystrzelony. Jak na razie rakiety SpaceX to bardzo konserwatywne, wolne od niepotrzebnego ryzyka konstrukcje.

===DYGRESJA===
Warto w tym miejscu podkreślić, że nadzieje wzbudzane w niektórych przez prywatną firmę Virgin Galactic i inne oferujące w bliskiej przyszłości prywatne loty sub-orbitalne są płonne. Virgin Galactic oferuje podróż na wysokość 100 km i kilka minut stanu nieważkości za $200 000. To bardzo skromna suma w porównaniu z kosztami związanymi z typowymi lotami kosmicznymi. Chociaż może się wydawać, że stąd do pełnej orbity już tylko mały krok, wystarczy znajomość fizyki ze szkoły średniej (nawet ja dam radę!), aby zrozumieć że między lotami sub-orbitalnymi a orbitalnymi istnieje wielka przepaść. Zignorujemy wpływy oporu atmosferycznego i strat grawitacyjnych (które bardziej wpływają na wymogi lotów suborbitalnych). Zignorujemy też równanie rakietowe (którego wykładniczy charakter DUŻO bardziej wpływa na wymogi lotów orbitalnych). Aby wynieść jeden kilogram na wys. 100 km potrzeba Ep=mgh energii; podstawiając nasze liczby uzyskujemy:

Ep=1[kg]*10[m/s^2]*100 000[m]= 1 000 000[kg*m^2/s^2], tj. 1 megadżul energii

Dla osiągnięcia orbity Ep musi być większe, ponieważ żeby uniknąć poważnego oporu atmosferycznego dobrze jest znajdować się jakieś 400 km nad powierzchnią Ziemi, czyli Ep mnożymy przez 4. Szybkość orbitalna dla Ziemi to około 8 km/s. Aby wynieść jeden kilogram na pełną orbitę potrzeba Ep=mgh + Ek=mv^2/2 energii; podstawiając nasze liczby uzyskujemy:

Ek=1[kg]*8000^2[m/s]^2/2=32 000 000[kg*m^2/s^2] + 4*Ep, tj 32 megadżule energii

Nie twierdzę, że to ilość wymaganej energii przyczynia się bezpośrednio do różnicy kosztów, ponieważ tak nie jest. Chodzi mi tylko o to, że konstrukcje wymagane do osiągnięcia orbity wymagają innych podejść inżynieryjnych. Dlatego głoszenie, że łagodne wyskalowanie, czy zwiększenie zapasów paliwa w pojeździe sub-orbitalnym umożliwi mu osiągnięcie orbity jest błędne.
===/DYGRESJA===

Elon Musk ma łeb na karku i wie skąd brać przykład. Teoretycznie nie ma żadnych przeszkód żeby koszt wysyłania kg na LEO jeszcze dalej zmniejszyć, nawet do jednej setnej obecnych kosztów. Nie przypominam sobie żeby Musk coś mówił o takich celach, ale jestem pewien że nie leżą one poza jego ambicjami. Żadne prawa fizyki tego nie zabraniają. Arthur Clarke i Stanley Kubrick spodziewali się, że właśnie to nastąpi do roku 2001 pisząc scenariusz do Odysei Kosmicznej 2001.



Smukły wahadłowiec Orion III z podobnym układem delta skrzydeł do rzeczywistego wahadłowca, miał się do tego częściowo przyczynić. Samolot kosmiczny osiągał orbitę za pomocą 900-tonowej rakiety nośnej wielokrotnego użytku, leżąc na jej grzbiecie i startując poziomo, z pasa startowego, w przeciwieństwie do rzeczywistego wahadłowca, który startuje pionowo.



Oba człony używają przyjaznych dla środowiska rakiet wodorowych, takich samych jak te, których używa rzeczywisty wahadłowiec, z tą drobną różnicą, że rakiety Oriona to Aerospike'i. Skrzydlaty 900-tonowy behemot jest jednym wielkim zbiornikiem i zawiera większość paliwa potrzebnego do osiągnięcia orbity. W książce Orion był mały, ważył 32 tony pusty i prawie 60 ton zatankowany (w porównaniu z rzeczywistym wahadłowcem, który waży ponad 70 ton, a z ładunkiem jakieś 100 ton) i istniał w dwóch wersjach: Orion II, który wynosił na orbitę 12 ton (w porównaniu z rzeczywistym wahadłowcem, który wynosi ponad 25 ton), oraz Orion III, który mieścił 30 pasażerów. W filmie Orion III mieści więcej pasażerów i jest dużo większy, niemal długości Boeinga 747, ale jest od niego dużo smuklejszy:



Oba obrazki są w tej samej skali i pochodzą z doskonałej strony Starship Dimensions
Szukałem też porównania Oriona III z rzeczywistym wahadłowcem ale nie ma go na stronie, więc trzeba się zadowolić tym:



Koszt jednego lotu Oriona III wynosił w książce milion dolarów. Warto zauważyć, że w filmie poprawnie przewidziano skutki 100-krotnego zmniejszenia kosztów lotów w kosmos. Nasza stacja kosmiczna ma masę około 500 ton, w filmie Space Station V ma masę 40 000 ton. Porównanie:


Książka opisuje również radziecki prom kosmiczny Titov V z układem skrzydła sweepback:


Więcej o Titovie V tutaj

Chociaż można odczuwać żal, że nie udało nam się osiągnąć tego, co obiecywało nam s-f minionych dekad, warto podkreślić, że literatura i filmy s-f rzadko przewidywały dla nas świetlaną przyszłość. Ogólne pojęcie, że lata 50-te i 60-te były przepełnione niezmąconym optymizmem co do przyszłości jest mitem. Czytałem zbiór opowiadań s-f z tamtych czasów i mogę powiedzieć, że nie przewidywały one dla nas sielanki. Większość z nich opisywała właśnie potencjalne tryby porażki dla naszej cywilizacji. Chyba tylko Arthur Clarke i Gene Roddenberry zawsze pozostawali niezachwianymi optymistami. Z filmami to samo: 1984, Terminator, Soylent Green to tylko kilka przykładów spośród wielu filmów, które ponuro rysowały naszą przyszłość.

Jak dotąd nie tylko udaje nam się jakoś manewrować na polu minowym potencjalnych klęsk cywilizacyjnych ale istnieją też dobre powody do ostrożnego optymizmu (może nieco zmąconego perspektywą globalnego ocieplenia), że w przyszłości uda nam się z niego wydostać z grubsza bez szwanku. O tym będę się rozpisywał kiedy indziej a wracając do Odysei kosmicznej, wystaczy spojrzeć choć odrobinę pod powierzchnię, żeby dostrzec, że świat przedstawiony przez Kubricka i Clarke'a nie jest techno-utopią. Błogosławieństwo Monolitu, dar używania narzędzi i agresji do wywalczenia sobie dominacji wśród zwierząt na ziemi, było obosiecznym mieczem. Pierwsze ujęcie w kosmosie, tuż po rzuceniu w powietrze kości przez małpoluda, przedstawia satelitę. Szkoda, że nie zostało to jakoś dobitniej wyrażone w filmie, ale nie jest to byle jaki satelita. Jest to platforma orbitalna z głowicami nuklearnymi. Widzimy zatem pierwsze, najprymitywniejsze narzędzie przemocy przeistaczające się w najnowocześniejsze osiągnięcie w sztuce wyrządzania bliźniemu krzywdy. Kolejne ujęcia pokazują kilka kolejnych takich satelitów w sumie należących do 5 krajów. W świecie Odysei Kosmicznej, broniami nuklearnymi dysponuje 38 krajów. Błogosławieństwo Monolitu.

Oraz jego klątwa.

Wybieraj:

- miasta na księżycu, 300-metrowe obracające się stacje kosmiczne, załogowe loty międzyplanetarne, silna AI, rutynowe, prywatne loty kosmiczne... oraz nuklearna zagłada nieustannie orbitująca w oczekiwaniu na naciśnięcia guzika; albo
- nasz obecny, bardziej pokojowo nastawiony świat z międzynarodowym paktem zabraniającym używania broni atomowej w kosmosie,  i z co najwyżej 9-cioma krajami dysponującymi bronią atomową oraz już w dużej mierze spełnionymi obietnicami zmniejszenia arsenałów przez USA i Rosję.

[BTW, warto zauważyć że pomysł osadzenia akcji filmu w roku 2001 pochodził od Kubricka, nie od Clarke'a, i zapewne był podyktowany jego chęcią wyekstrapolowania i skomentowania trendów zimnej wojny. Clarke zapewne osadziłby akcję około roku 2100, a raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie myślał, że zimna wojna trwałaby tak długo. Socjalne zmiany na takiej skali czasowej są nieprzewidywalne i potwornie by postarzyły film. Najciekawsze jest to, że socjalne zmiany (i to pozytywne!), które zaszły do 'rzeczywistego' roku 2001 i tak mocno postarzyły Odyseję.)

środa, 10 listopada 2010

Geeks&Nerds

Więc według xkcd jestem i tym i tym. Zawsze myślałem, że jestem geekiem ale nie nerdem.

sobota, 6 listopada 2010

Mensa i inteligencja

Znalazłem ciekawy wpis w archiwum Mike'a Brothertona (to pisarz SF i astronom którego blog czasem czytam) dotyczący mensy i ludzi, którzy do tej organizacji należą. Kluczowe słowo, którego używa większość krytyków mensy to 'underachiever', czyli osoba, której idzie w życiu gorzej niż jej rodzice i znajomi oczekiwali w oparciu o talenty i osiągnięcia szkolne tejże osoby. David Brin również używa tego słowa w odniesieniu do, przede wszystkim, stereotypowych libertariańskich i obiektywistycznych mensaninów, którzy rzekomo obwiniają socjalistyczny i opresyjny system rządowy i lewicę za swoje niepowodzenia przedsiębiorcze. W przyszłości zrobię wpis zawierający listę ciekawych ludzi, do których tych dwoje należy i których działalność online śledzę.

Co do wysoce inteligentnych ludzi, mam swoje własne przemyślenia. Często idzie im dobrze w szkole; być może za dobrze. W podstawówce pracę z matematyki, która przeciętniakowi zajmuje godzinę, wykonują w dziesięć minut. Jeśli jednak dzieje się to zbyt często, może to ich źle nastawić do życia. Niektórzy z nich mogą uznać, że wszystko w życiu będzie im szło szybko i łatwo. Po co poświęcać pięć lat życia na doktorat? Za dużo zachodu, skoro w tym czasie można by było robić tonę innych ciekawszych rzeczy. Opóźnianie gratyfikacji to problem, z którym sam się borykam ale ja mam wymówkę; nie jestem elitą ludzkości. Ponadto, nie akceptuję redukcjonistycznego poglądu, że istnieje tylko jeden rodzaj inteligencji, która liczy się w życiu. Argumenty, którymi dysponuję na poparciu tego poglądu, poza wyżej wymienionym stereotypem 'underachiever' i innymi, które wylicza Mike Brotherton to moje własne doświadczenie; chodziłem w szkole średniej do klasy o profilu matematycznym i chociaż byli w niej ludzie bardziej uzdolnieni matematycznie ode mnie, to zazwyczaj radzili sobie dużo gorzej z nauką języków. Właściwie, to po prostu kolejny przykład na rzecz argumentu Mike'a.

Czytałem w przeszłości komentarze do innych blogów i artykułów wystawiających podobne do powyższego argumenty i wiem, jak niektórzy (niektórzy! - większość jest całkiem otwarta i życzliwa) mensanie na nie reagują. Szczególnie samozadowoleni i cyniczni spośród nich po prostu zakładają, że osoba przedkładająca argument słabo sobie radzi w testach logicznych/matematycznych, w których oni wiodą prym i próbuje się dowartościować zaniżając znaczenie tychże testów. Właściwie, ta reakcja jest chyba nawet powszechniejsza wśród nie-mensan.

Na koniec chciałbym dodać, że do opisanych wyżej ludzi, którzy nie oczekują żadnych trudności w życiu należał Stephen Hawking. Na studiach spędzał średnio godzinę dziennie na nauce. Oczywiście, mógł sobie na to pozwolić dysponując taką inteligencją i studiując fizykę, w której nie ma wiele do wkuwania, ale jego znudzone nastawienie do życia zmieniło się stopniowo kiedy dowiedział się o swojej chorobie. Napisał o tym w swojej książce "Czarne dziury i wszechświaty niemowlęce".

sobota, 16 października 2010

Orbiter 2010

Dziś zacząłem grać w Orbitera 2010. Wiedziałem, że wyszła nowa wersja tego wspaniałego programu od tygodnia ale nie mogłem zagrać z powodu braku kompa (padła płyta główna), a mój laptop nie ma klawiatury numerycznej. Co to jest za niesamowite narzędzie edukacyjne! Kilka dni gry w wersję 2006 (w którą zacząłem grać ponad rok temu jeśli dobrze pamiętam) pomnożyło moją wiedzę na temat astronautyki i mechaniki orbitalnej kilkukrotnie.

Wyobraźmy sobie lekcję fizyki w szkole średniej z użyciem Orbitera; przed odpaleniem gry trzeba by było wyjaśnić nieco teorii. Zacząłbym pewnie od trzeciego prawa dynamiki Newtona, pierwszej i drugiej prędkości kosmicznej i ich związku z krzywymi balistycznymi (nie zapominając oczywiście o tym, że każda krzywa balistyczna mogłaby być orbitą gdyby nie atmosfera i niezerowa objętość Ziemi), a potem przeszedłbym do wykładniczego charakteru równania rakietowego. W kwestii praktyki podążałbym pewnie kolejnością wyznaczoną przez Go Play In Space. Ale by była zabawa. Chociaż znalazłoby się wielu, którzy mogliby lepiej nauczać, jako że sam jeszcze nie opanowałem wielu potrzebnych umiejętności. Gra wymaga cholernej cierpliwości, a krzywa uczenia się jest boleśnie stroma.

A jednak nie ma róży bez kolców. Wiedząc to co wiem dzięki Orbiterowi, nie będę mógł już cieszyć się wieloma filmami aspirującymi do miana SF chyba, że przestanę je traktować jako SF. Błędy i zaniedbania realizmu stały się po prostu zbyt oczywiste, żebym mógł je zlekceważyć. Kilka filmów przetrwało próbę, znamiennie Odyseja Kosmiczna 2001, ale wiele pozostałych muszę przestać traktować zbyt poważnie. Ich magia, na zawsze zniknąwszy, pozostawiła po sobie jedynie ucieczkową fantazję i bajkę. Chociaż to może zbyt ostre słowa, film może nadal pouczać i stymulować intelektualnie/emocjonalnie nie będąc nadmiernie realistycznym.

Wciąż, widząc coś co natychmiast rozpoznaję jako bezsensowne lub niemożliwe w filmie, który specyficznie stara się sprawiać wrażenie, że rozgrywa się w naszym wszechświecie, rządzonym przez nasze prawa natury, ciężko mi się będzie zagłębić.

piątek, 24 września 2010

Wstęp

Założyłem blog. Jego nazwa jest celowo pusta, żeby nie zdradzała zawartości. Nie jestem na tyle płodnym myślicielem, ani erudytą, żebym mógł sobie pozwolić na ograniczanie jego tematyki i jednocześnie wierzyć, że będę w stanie wyciskać z siebie rozwlekły esej co tydzień. Piszę go dla siebie, przynajmniej na razie, więc nie czuję żadnej presji, żeby robić wpisy regularnie i na tematy zadane z innych powodów niż moje widzimisię.

Pierwszym powodem założenia tego blogu jest fakt, że chciałem uporządkować i rozwinąć swoje opinie i przemyślenia, które od jakiegoś czasu zapisywałem w skróconej postaci, żeby nie uleciały mi z głowy. Drugim, ważniejszym powodem są rzekome korzyści dla ludzkiej psychiki, jakie przynosi przelewanie na papier myśli i emocji, co wskazują pewne badania naukowe. Trzecim powodem jest moja chęć spróbowania swoich sił w pisaniu i upublicznianiu swoich myśli, przy czym to drugie jest chyba jeszcze trudniejsze niż to pierwsze. Zaraz zaraz, napisałem wcześniej że blog jest dla mnie, więc czemu miałbym się czegokolwiek obawiać?

Człowiek nie jest racjonalnym zwierzęciem.. Jak powiedział David Hume, pasje nami wiodą, rozum jest jedynie ich niewolnikiem.

(Rany, mam nadzieję, że to ostatnie zdanie nie wywołuje wrażenia pretensjonalnego intelektualizmu i pozerstwa z mojej strony.)

W zasadzie, w tej chwili czuję, że im mniej ludzi zobaczy ten blog, tym lepiej. Ale znam już to uczucie i wiem, że przechodzi. A jeśli nie przechodzi to przynajmniej stawiłem mu czoła.

Jak już napisałem, blog jest na razie dla mnie, ale w przyszłości mogę kogoś do niego odesłać, jeśli nie będzie mi się chciało wypocić na poczekaniu jemu/jej, co myślę na określony temat. Jeśli będę do niego dodawał wpisy za 10 lat, prawdopodobnie osoba, którą wtedy będę, nie będzie tą samą osobą, którą jestem teraz.

Ależ długo trwało wysmażenie tego tekstu. Pisałem to chyba godzinę. Muszę się w tym wprawić.